Frankfurt nad Odrą. Mała kawiarenka w pobliżu centrum miasta. Niedziela. Mimo późnej pory, raczej nieco pustawo. Reinhold wskazał wolny stolik przy oknie. Przeszliśmy przez niemal całą salę, oglądając się ciekawie. Nigdy tu nie byliśmy. Usiedliśmy. Po chwili pojawiła się kelnerka. Przyjęła zamówienie i zniknęła za ladą.

- Co tam u ciebie? - spytał z lekkim uśmiechem Reinhold przyjaciela z Polski. - Słyszałem, że niedługo wybory prezydenckie w Polsce?

Przyjaciel spojrzał mocno zdziwiony na niego.

- A tobie, co znowu? Chcesz czwartej światowej? Już ci „Starsza Pani” nie odpowiada? - odciął się.

- Spokojnie, chciał tylko zagaić rozmowę. - starałem się uspokoić sytuację.

Pit wzruszył ramionami. Spojrzał przez okno na ulicę. Koniec zimy. Łaskawej i to bardzo w tym roku.

Kelnerka przyniosła lekkie potrawy i napoje.

- A tak szczerze, przyglądasz się wyborom? - z przekąsem podjąłem temat.

Przełknął kęs, popił sokiem.

- No coś ty? Czy ja wyglądam na bagażowego? - śmiało odpowiedział.

Oboje z Reinholdem omal nie zakrztusiliśmy się. Spojrzeliśmy ze śmiechem na niego.

- Dlaczego bagażowy? - niemalże razem spytaliśmy.

- Przeciętny Polak to bagażowy. - wzruszył ramionami. - No, przepraszam, nie wszyscy Polacy. Gdzieś około 13 do 14 milionów.

Sięgnął po pieczywo.

- Mniej więcej tylu jest bagażowych w Polsce.

- Co ty z tym bagażowym?

Pit oparł się wygodnie o krzesło.

- Opowiem wam dowcip. Stary, lecz szalenie pouczający, mądry. Przed wojną jedną i drugą jak wiecie, każdy dworzec kolejowy posiadał określoną liczbę tzw. bagażowych. Jak będziesz, nie daj Boże przelewał naszą rozmowę na papier - skierował wzrok na mnie - przypomnij młodemu pokoleniu, kim byli, czym się zajmowali bagażowi.

Skinąłem głową.

- Nikt nie pamięta już skąd wzięła się ta profesja. W Polsce to okres budowy kolei w Galicji, czyli dziewiętnasty wiek. W różnych okresach ich praca polegała nie tylko na noszeniu bagaży do karet, aut. Zajmowali się także, szczególnie na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku dodatkowymi sprawunkami dla podróżnych. Załatwiali noclegi, panienki, zabawy w spelunkach. Czasem hazard. Kim byli? Z niższych warstw społecznych. Niektórzy mieli pokończone szkoły. Cechowała ich pewna mądrość. Nauczyli się kultury, pewnej ogłady. Stykając się z osobami wyższych sfer łyknęli nieco wiedzy o świecie, kulturze, sztuce i tak dalej. A stąd już było niedaleko do „sztucznej mądrości” tego ludu. Innych z ze swojego środowiska, z którego wyszli, mieli za nic. Coś gorszego. Pewni siebie, sprytni, wyszczekani, musieli to umieć walcząc o klienta na dworcu. Takie chodzące „płytkie mądrości” dróg kolejowych i dworców.

- A ten dowcip? - niecierpliwie zagaił Reinhold.

- Otóż któregoś dnia na dworcu w Lwowie, przyjechał pociąg z Moskwy. Tłumnie na peron wystąpili miejscowi bagażowi licząc na sowity lub mniejszy zysk. Wśród podróżnych wysiadł tęgi, nieco grubawy jegomość w jakimś, kolorowym mundurze. Rozejrzał się w jedną stronę, drugą stronę. Skierował swoje kroku ku sali głównej dworca kolejowego. Wszedł na ławkę i zaczął głośno wołać.

- Bagażowi, bagażowi! Wsio bagażowi! Idi siuda mienia! Bagażowi! Wsio!

Zleciała się cała plejada bagażowych, dyskutując między sobą, jaki to może mieć bagaż, skoro woła wszystkich. Zaczęto nawet robić zakłady. Szum, gwar, przepychanki, ostre słowa, łokcie w ruchu. Jednym słowem harmider nieziemski.

Emocję zaczęły sięgać zenitu.

-Wsio bagażowi? - spytał ubrany w kolorowy mundur, nieznany w Lwowie jegomość na ławce.

- Wsio! - odparł tłum.

Nastała cisza. Jegomość podniósł do góry prawą rękę i z szczerym uśmiechem na ustach rzekł.

- Ja was, pazdrawlaju, ja toże bagażowy! Z Maskwy.



Ochłonęliśmy nieco.

- Co mają z tym obecne wybory?

- Przeciętny Polak z tej grupy kilkunastomilionowej to właśnie taki bagażowy, niby wyuczony, ma pojęcie o wszystkim, co on to nie wie, czego on nie widział, na czym to on się nie zna.

A tu na scenę wchodzi jegomość, staje i nawołuje. Wszyscy „bagażowi” się zlatują do niego. Patrzą, słuchają, robią zakłady, co to on nie może, ten na „ławce”.

A kiedy już wszyscy się zlecą do urn, nagle następnego dnia dowiadują się, że ten jegomość jest taki jak oni. Niedouczony, problemy z ortografią, nieobyty w świecie, ma problemy z alkoholem, z rodziną. Też potrafi chlać po kątach, żyć na cudzy koszt, bawić się w różnych „spelunach”. Potrafi kraść bagaże, oszukiwać i tak dalej.

Przerwał, dokończył deser.

Zapanowała cisza. Powoli kawiarnia zapełniała się.

- I tak wyglądają wybory. Co cztery lata lub pięć, przyjeżdżają na różne dworce pociągi. Wysiada każdego z nich jegomość, kolorowym ubranku i nawołuję - bagaż…..

Spojrzałem przez okno. Gdzieś dalej, za budynkami, sklepami i skwerami jest rzeka. Za nią moja Ojczyzna.

„Bagażowi! Bagażowi wsio…”.

- Jedźmy, nikt nie woła… .


Spisał Paul Lomax
Bagażowy, bagażowy, ja was...
 
SOCIAL NETWORKS
Adova.org