Po wyjściu z kliniki w wobec nieco wolnego czasu, postanowiłem zajechać do banku i porozmawiać z dyrektorem d/s obsługi klientów. Zadzwoniłem mając nadzieję, że mnie przyjmie. Nie miałem ochoty tłuc się po brukach Wrocławia. Nawet sentymentalnie. O dziwo, zgodził się mnie przyjąć....

- Panie dyrektorze ja w sprawie Pani Stanisławy...... Wracam teraz z kliniki onkologicznej, gdzie przebywa Pani..... Otrzymałem od niej dokumenty, w których Państwo nie wyrażacie zgody na zawieszenie na trzy miesiące kredyt, jaki u was wzięła. Mam olbrzymią prośbę, byłby Pan tak łaskawie jeszcze raz spojrzeć i pomóc. Zna Pan jej sytuację, pisałem do Pana już chyba ponad miesiąc temu.

Wziął dokumenty do ręki. Przeczytał.

- Nie, nie możemy tej Pani pomóc.

- Panie dyrektorze, znam ta Panią, wiem, że spłaci ten kredyt. Potrzebuje tylko prolongaty. W tej chwili ma bardzo trudną sytuację, jest sama, emerytura jak Pan wie wynosi jej 582,98 złotych. To jest jej trzeci wzięty kredyt u was. Zawsze spłacała terminowo. To niemalże stały wasz klient...

- Cieszy nas, że jest naszym klientem, lecz w tej sytuacji naprawdę nie możemy nic pomóc. Ta Pani wiedziała, że biorąc kredyt będzie musiał go spłacać. To był wybór świadomy. Powinna mieć jakieś oszczędności. Nie można brać kredyt nie mając żadnych zabezpieczeń.

- Przerwę panu. Ona spłaci ten kredyt. Zawsze płaciła. To, że w tej chwili zachorowała na raka to nie jej wina. Rozmawiałem z lekarzem, jest dobrej myśli, nie był to nowotwór złośliwy, co daje szansę na dalsze normalne życie. Po prostu w tej chwili więcej wydaje na leki niż na samą żywność. Wie Pan jak chorzy jedzą...

- Przykro mi, nie pomożemy. Pani ma teraz ratę na 14-stego. Niech pożyczy lub cokolwiek....

Zaczynał mnie już mocno irytować. Czułem, że to strata czasu. Nagle spojrzał na zegarek. Zrozumiałem, że na mnie już czas. Koniec rozmowy.

Wychodząc z gabinetu pomyślałem - bękart wredny, losowy wyrzutek życia cywilizacji, co mu szkodziło pomóc?
Przecież Pani Stasia to nie bandyta i oszust......... Wyszedłem.....Wróciłem do kliniki.

Opowiedziałem Pani Stasi całą rozmowę. Milczała długo.

- Nie wiem, co zrobić, nie mam pieniędzy, nie mam nikogo, co ma  zrobić? Może to źle, że to rak zwykły? Umarłabym i byłby spokój. Lecz jak iść do ziemi, gdy się ma długi? - Miała łzy w oczach.

- Pani Stasiu. Zróbmy tak. Da mi Pani kwitki, te na raty, ja je zapłacę. A Pani jak wyzdrowieje to jakoś się dogadamy.

- Nie. Nie zgadzam się. Całe życie pracowałam uczciwie...

- Pani Stasiu - przerwałem - Wiem, kim Pani jest, nie musi Pani mówić. Cale życie pomagała Pani innym, wychowała wspaniałe dzieci. Niech Pani spojrzy, są teraz wokół Pani, nie odchodzą w tak trudnej chwili. Ja to biorę na siebie. Pani musi wrócić do zdrowia. Niech Pani spojrzy ile jeszcze przed Panią. To, że ma się 67 lat to nie powód do kopania sobie grobu.

Kilka miesięcy później będąc w Wrocławiu, zajechałem do kliniki. Spotkałem doktora M.... Staliśmy Po kilku minutach rozmowy, nagle coś mi zwróciło moją uwagę. Nagle jakby nastała cisza. Czas stanął. Spojrzałem w stronę korytarza a tam przy drugich drzwiach od jakiejś sali stał człowiek. Chory. Wychudzony, za wysoki. W za dużej piżamie. Stał, jedną ręką opierał się o ścianę a drugą trzymał się stojaka z kroplówką. Przyglądałem mu się. Powoli do mnie docierało skąd znam tego człowieka. To był dyrektor owego banku, od pani Stasi. Doktor zamilkł. Spojrzał w stronę, którą patrzyłem. Wtedy ów chory podniósł głowę i spojrzał na nas. Zobaczyłem w oczach ból i... Tak rozpoznał mnie. Jego twarz nie wyrażała nic poza smutkiem i męki, jaką dają środki przeciwbólowe. Był oszołomiony. Musiał dostać silne leki. Miałem wielką ochotę podejść i zapytać się jego

- Witam Pana Dyrektora! Co słychać? Jak się Pan teraz czuję?

Powstrzymałem się.

- No właśnie - odezwał się doktor M. - miałem Tobie powiedzieć, że znalazł się tutaj. Często lekarzom
opowiadam swoje spotkania z ludźmi, doktor wiedział o Pani Stasi.

- Złośliwy? - Zapytałem.

- Tak.

- Smutne - odpowiedziałem.
Wracając do domu, długo myślałem o całej tej sprawie, Pani Stasi i dyrektorze.





Pani Stanisława ( zbieżność imion z innego dokumentu ) zmarła dwa miesiące po spłacie ostatniej raty kredytu, w 2003 roku. Zmarła z przyczyn naturalnych. Owego dyrektora spotkałem dwukrotnie. Po powrocie do zdrowia, nie wrócił już do pracy w banku. Pracuję, cieszy się z rodziny i ... pomaga innym. Mimo niedowładu lewej ręki, doskonale daje sobie radę nie tylko w pracy. Nigdy podczas
naszych spotkań nie wracaliśmy do tamtych chwil. Ja z przekory, on... może chciał zostawić ten fragment życiorysu na inny czas. Nie wiem. Czasem się zastanawiam się nad złożeniem podziękowania jemu, gdyż to właśnie owa sytuacja sprowokowała powstanie skojarzenia "bękarty cywilizacji". Gry słów, która trafnie i w sposób wybitnie wyrafinowany oraz szczególny określa pewną grupę ludzi, w biznesie czy naszym życiu prywatnym... Czas pokaże, czy nasze drogi się zejdą jeszcze w tym miejscu.



Bękarty Cywilizacji - początek
 
SOCIAL NETWORKS
Adova.org