Rogacz
Któż z nas nie lubi wakacyjnych wieczorów. Gdzieś w Polsce, niedaleko Ducklandii jest jezioro. Nieduże, z góry wygląda jakby dwie zatoki nie bardzo wiedziały, co z sobą zrobić i połączyły się jak dwie kobiece półkule. O które chodzi? Zostawiamy to osobistym gustom każdego z was.
Pora wieczorowa, do przychlaśniętego starego, wiejskiego budynku jakiś maniak dobudował "coś". To "coś" to duża, stara przyczepa kempingowa, która dla nie wiadomo jakiej pomysłowości przykryto płytą, nazywając szumnie i godnie to dachem. Parę kabli i rur stworzyło namiastkę wiejskiego luksusu.

W przedsionku, czyli to, co zostało z nadwyżki tzw. dachu stał stół, wokół którego siedzieli nasi bohaterowie i krzątały się dzieciaki, z czego część z nich nie bardzo wiedziała, do jakiej kasty społecznej się zaliczyć. Za mało, aby pójść do uczciwej pracy, za dużo, aby oglądać dobranocki. Coś w rodzaju przed hormonalnej burzy ducha i ciała.

Plemienna starszyzna składała się miejscowych i "najezdnych wsiowo-miastowych" - czyli tych, co dzieciństwo spędzili w urokach polskiej wsi, a już "gówniarzerstwa" uczyli się w miastach i w tamtejszych szkołach.

W takiej to scenerii zebrało się dosyć pospolite polskie pospolite (po)ruszenie, czyli urodzeni wieśniacy, pracujący i mieszkający w okolicznych miastach zwanych zbyt często "zadupiem".


Nagle wszedł do owej wiejsko-miejskiej zagrody człowiek w przed podeszłym wieku. Coś w rodzaju jeszcze może dużo gadać i czasem coś mu z tego wyjdzie.
Zapadła cisza. Przybysz na czole miał ślad, ranę, która wyglądała jakby ktoś sprawdzał ostrość siekiery. Ciągnęła się od zgrabnej łysiny do międzyocza. Strup świadczył o upływie czasu.

- Co się stało? - rzekła blondyna, zapewne najbardziej uczuciowo związana z przybyszem.

- Nic takiego, miałem spotkanie z baranem czy rogaczem. Coś w tym stylu - całkiem wesoło odpowiedział właściciel strupa o długości kilku centymetrów.

Rzucił okiem na stół, rozejrzał się wesoło i rzucił.

- Cześć wiocha.

Widać z "województwa".

Usiadł na ławie i zaczął szperać po przeróżnych talerzach, półmiskach w poszukiwaniu ponoć dobrego jadła.

- Skąd to? - gawiedź nie dawała za wygraną.

- Nic specjalnego. Spotkałem barana i doszło do czołowego zderzenia i efekt jak widać.

- Jakiego barana? - blondyna jak widać miała poważny problem. Jakiej natury? Nie wnikajmy.

- Ojej - niechętnie zaczął przybysz. - Chata była wolna, i w wtorku około dziewiątej wieczór nuda zaczęła mną trząść. Zadzwoniłem, więc do Moni.

- Jakiej Moni? - zarepetowała natychmiast blondyna.

- No, jakiej? Znasz ja. Ta z tamtej firmy, co ci kasę przywozi.

Wstał i zaczął rzucać na talerz coś w rodzaju fasolki konserwowej z pomidorami, jajkiem, cebulą i to wszystko oblane majonezem.

- No i co dalej? - niemalże krzyknęły niewiasty, zawstydzając się wzajemnie. Z nadmiaru ciekawości. Chłopy milczeli, zastanawiając się czy już zazdrościć owej "Moni" czy po prostu napić się piwa.

- Nic specjalnego - pociągnął przybysz. - Walnąłem jej, że mam dzisiaj "oneparty" i co ona na to. Odpowiedziała niby to obojętnie, że nie czuje się zaproszona. Oburzyłem się i zapytałem tylko - kiedy? Za godzinę już była. No i kilka godzin później wiozę ją do domu. Kilkanaście kilometrów. Podjeżdżam pod jej chatę a tam stoi... No nie bardzo wiedziałem, kto lub co. Niby człek ni zwierzę. Coś w rodzaju satyra, wiecie gość z różkami.
Monia na przydechu szepnęła - O kur..., Zenek. Zajarzyłem, że to jej pastuch. Cóż było robić, wygramoliłem się z wozu i udaję, że "satyra" to znam raczej z szatańskich opowieści.
Gość z rogami, zapewne Zenek zaperzył się i zaczął buzować jak lokomotywa. Coś tam zaczął pitolić o przyprawianych rogach, zdradzie itd. Nie słuchałem jego wywodów. Kiedy skończył jednostronną dyskusję z Monią skoczył do mnie. Niby chciał się bić. A ja raczej nie skory jestem do bójki. Wiadomo, różnie bywa.
Mówię mu tylko, że z takimi rogami to on może mnie bodnąć. Monia o mało się nie zsikała ze śmiechu a ten idiota wziął to na poważnie. I taranem mnie wziął. Upadłem jak mucha. Siedzę se na glebnie i tak se kombinuję.

" Oddać czy nie oddać?" Hamletowski wymiar. Nie, myślę sobie. Mówię do rogacza.

- Dobra jesteśmy kwita. Wygrałeś.

Ten poważnie zdurniał. Patrzy i rogami potrząsa. Monia wzięła jeszcze z wozu majtki i hajdawer na chatę z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

Tak mu se dwa ostali. Popatrzyli my se w ocza długą chwilę i każdy poszedł w swoją stronę. Jakieś dwa kilometry dalej krew mi zaczyna przeszkadzać w aucie. Wysiadłem i tak se pomyślałem. "Łeb mi napierd...., krew leci i po co ci to było? Z drugiej strony nie jest źle. Mnie będzie bolało dzień, góra dwa a jego? Szlag będzie trafiał do końca życia! Czyli korzyść jest po mojej stronie."

- Nie chcesz jeszcze zostać z dwa tygodnie, kochaniutka? - chytrze spytał przybysz blondyny. - Zobacz jak fajnie, słoneczko, jeziorko...
- Ja ci......- zaperzyła się blondyna.

Czy faktycznie każde spotkanie z baranem kończy się porażką? Jak widać nie. Dyskusja trwała do wczesnych godzin porannych.

Lubię, kiedy mam  w czubie...
Polska oczami czasem mokrymi od łez...
 
adova.org