Podróż


Jako nowowybrany Prezydent Jaśnie Rzeczypospolitej, postanowiłem na jeden rok zostawić kraj pod opieką Premiera i jego rządy wybranego, jakże by inaczej w demokratycznych wyborach. Ździebko mnie to trochę zdziwiły te wybory, no cóż, nie byłem matką czy ojcem tego czy owego posła czy senatora. Chociaż czasem zazdroszczę zwierzątkom z obojnactwem w naturze. Temu czy owemu należałby się gułag lub co najmniej tęgie lanie.

Przed podróżą ustaliśmy z Premierem reguły gry, co zbytnio mnie nie napawało optymizmem, gdyż, co, jak co, lecz zaufanie do Premiera Móżdżka to rzecz tak niebywała jak to, że żaba zje krokodyla. Jeśli moja podróż miała przynieść jakieś efekty i moim głównym zadaniem miało być absolutnie nie wtrącać się do rządzenia pipciowatych i nadętych ministrów, to skoro tak chce większość moich rodaków, cóż robić? Hajda w świat.

Po jakimś czasie, około dwóch miesięcy zaczęły mnie irytować pewne sytuacje. A to ktoś „zapierdzielił” ulubionego przez ze mnie „Tupolewa”. Było to bodajże na Hawajach. Fakt, że zaraz tutejszy boss walił takie pokłony z przeprosinami, że o mało nie rozwalił hoteli wraz z basenami. Część klienteli próbowała wiać myśląc, że to tsunami lub trzęsienie ziemi.

No skończyło się na kajaniu i przeprosinach. W zamian rząd amerykański w osobie wiceprezka Matutre, w ramach rekompensaty postawił do mojej dyspozycji Boeinga, z jakimś tam numerem, coś kole 900. Duże to bydle było, jak dla mnie, Kity i Łoma stanowczo za duże i długie. Dla przykładu, aby się nachlać musielim my dreptać po schodach zakręconych lub walić windą na trzeci etaż.

Rano po przebudzeniu, około południa mi się odnajdywali. Takie cholerstwo nam dali. Trochę z początku nas to dziwiło, że szef US-a podarował nam taki samolot, chociaż w Kijwamwdesen naszym żołnierzom z oddziału „Walkitę”, po uwolnieniu hamerykańskich marines nie chciał dać nawet na lody.

Pytać nie wypadało, jakoś nam po hawajskich napojach języki twardawe były a na migi to my się bali, że pokaleczym ogólnie wiceszefa US-a lub co gorsza oczy paluchami wydłubiem. No i następna wojna gotowa. A „Patrioty” tuż, tuż…. pod nosem.

Problem my nieco mieli, gdyż panienek na samolocie nie było, choć tydzień zmierzwiliśmy na poszukiwania i dochodzenia. Kita nawet próbował na 10 km w górze wleźć na skrzydło i zajrzeć pod ogon odrzutowca, lecz dopiero płacz, spazmy, błagania i okazane zdjęcia rodzinne wszystkich 14 pilotów i obsługi poruszyły nasze serca i odstąpiliśmy od dalszej penetracji samolotu. W „Tupciu” było wszystko prostsze - dwa kroki i człek musiał uważać, aby nie wypierdylić się w przestworza. Nawet do sracza człek w kombinezonie strażackim i spadochroniarskim musiał być odziany. Nie mówiąc oczywizda o wcześniejszem błogosławieństwie kapelana świty.

No jakby nie patrząc po Hawajach udali my się na inne kontynenty. Opowiadać nie ma, co, bo wszystko było jednakie. Chlańsko, trzeźwiańsko, i od czasu do czasu jedzonko.

No może warto wspomnieć o tym. Gdzieś w okolicach Antarktydy - a tam nas też zawiało, chociaż nie bardzo my wiemy jak, samolotniki także w pamięć zaparli, jedyno, co fragment depeszy z życzeniami imieninowy od niemalże wszystkich szefów rządów w świecie po tej imprezie ostał. Czyje to imieniny? Do dziś trudno odgadnąć. Impreza w każdym razie była git.

No, więc, na owej Antarktydzie znów nam skubnęli awionetkę. Już zacząłem się wnerwiać, gdyż pachniało to robotą naszych rodaków. Ale żeby na tym zadupiu? Cosik nie pasowało. Jednak na drugi dzień - tam dzień to pół roku- po kolejnym „śniadaniu” Kita wylazł na zaplecze po kolejną porcję „zmrożonej” i długo nie wracał. Z początku my myśleli, że Kita tak z tęsknoty za babami polazł w teren, aby zerwać jakąś babkę, co we fraku tudzież sporo biega. Może mu się pokierbaczyło z zakonnicami.

Mylim się jednak i to za mocno. Wyszli my z stacji i patrzym a Kita stoi i gęba ma rozdziawiona od sufitu po tylny garaż wisi. Idziem śladem jego durnowatego patrzenia i sami zaniemogli… przed nami stał samolot. I to jaki! Coś na nim pisało „Arbus” lub coś w tym stylu. Na samej górze coś lub ktoś machał do nas gałązkami. Tak się nam wydawało. Z stacji wylazł starszy młokos ( jak tam żyć skoro, co drugi dzień urodziny lub imieniny, brr.. straszne) i dał nam lunetę. Patrzym my a tam na chyba 8 piętrze samolotu drzwi i stoi człek w czapce z orzełkiem na łbie i macha do nas z grymasem na twarzy. Widać z ciepłych klimatów przybywszy.

Zjechał do nas windą, jakby samoloty schodów nie miały, polazł do nas i zaczął coś pitolić, że nas mocno przeprasza i zaprasza na pokład, wita nas chlebem i solą, co o mało co, nas na wymioty nie zebrało a starszy stacji z błyskawicami oczach o mało co harpunem lub co gorsza szwędającym się pigwejem, o mało co go nie zaszlachtował jak jaką to kiszonkę. Skurczybyk zmitygował się dosyć szybko, przestał nadawać na obcych falach i elegancko zaprosił nas do samolotu.

- Spierd….. stąd, kur… tutaj zimno. Wreszcie ludzki język.

No tak, w miarę przyzwoitych warunkach my dolecielim do Ojczyzny ukochanej. Nie zdążylim my obalić nawet ćwiartki jak przez megafon jakaś kobiecina wrzasnęła, że my już som. Może i cicho gawariła, lecz nam jakoś po wojażach słuch się wyostrzył. Puślim jej uwagę płazem.

Sen Prezia....
Tekst powstał w lutym 2010 roku...kilka tygodni przed tragedią "Smoleńską". Któż to przewidział... Inspiracją był "dziwny" stosunek premiera do najwyższego urzędu w Polsce.... Zbieżność zdarzeń, osób przypadkowa. Zapraszamy do lektury.

Lubię, kiedy mam  w czubie...
Polska oczami czasem mokrymi od łez...
 
adova.org